Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Captain America. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Captain America. Pokaż wszystkie posty

2 sty 2017

Rok 2016 – niech moc będzie z nami. Mini podsumowanie.

Rok 2016 to czas pełen skrajności. Dostaliśmy bowiem naprawdę sporo dobrych produkcji, które na pewno zapiszą się w historii popkultury. Ostatnie dwanaście miesięcy pełne było smutku oraz żalu po śmierci tych, którzy byli w naszych życiach praktycznie od zawsze. Każdy będzie odbierał ten rok na swój sposób, dla mnie jest on jednak neutralny. Pełen radości i przygnębienia jednocześnie, ale jest tego jakby… więcej.

Na podsumowanie tak dziwnego okresu, przygotowałam dla Was, drodzy czytelnicy, dwie króciutkie listy: Oh Yes, Please oraz How Could You. Zapraszam!


OH YES, PLEASE

1. Łotr Jeden. Gwiezdne Wojny: Historie

Nikogo chyba nie zdziwi, że ze wszystkich filmów, które pojawiły się w tym roku, mój wybór padł właśnie na ten. Przyznam się, że nie byłam przychylnie do niego nastawiona, nawet po recenzjach, które w większości były pozytywne. Byłam pełna obaw, bo historia mogła zostać źle przedstawiona. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się martwiłam, chociaż seans nie wywołał u mnie łez. Zdecydowanie więcej za to się uśmiechałam, głównie dzięki K2S0, i to za tego droida chciałabym podziękować najbardziej, bo dostaliśmy wersję R2D2, którego w końcu możemy zrozumieć.


2. Stranger Things

Serial, który podbił moje serce... Dopiero od drugiego odcinka. Powrót do lat 80-tych, do klasyki, to jest to, czego chyba dzisiejszy świat seriali potrzebował, a co Netflix i bracia Duffer z przyjemnością nam dostarczyli. Opowiadana historia opiera się na eksperymentach na dzieciach; jednak nie mamy tu do czynienia z zombie, a z innym wymiarem. Na razie pojedynczym, The Upside-Down. W centrum całej akcji mamy czwórkę przyjaciół, z których jeden zostaje porwany. Wkrótce później w mieście pojawia się dziewczynka, na pierwszy rzut oka niema. Potem do akcji wkracza zdeterminowana matka i dociekliwy szeryf, naukowcy w pogoni za swoim eksperymentem oraz Demogorgon (tak bestię nazwali główni bohaterowie).


3. Internetowy komiks Check, Please!

Wydawany w krótkich odcinkach na tumblrze, autorstwa Ngozi Ukazu, opowiada o Ericu Bittle. Zamiast podążać ścieżką kariery łyżwiarza figurowego, w college’u decyduje się dołączyć do drużyny hokejowej. Trzeba wspomnieć, że Bitty jest fanem Beyonce i gotowania, a w szczególności pieczenia ciast i ciasteczek. Prowadzi swój własny wideo-blog, na którym opowiada o swoim życiu. Aha, no i jest też gejem.


4. Przez Stany POPświadomości

Z książek, które wpadły w moje ręce w ostatnich dwunastu miesiącach wybrałam właśnie tę, której współautorem jest mój ukochany Kuba Ćwiek. Jest ona pewnego rodzaju sprawozdaniem z podróży pana Jakuba i jeszcze siódemki innych osób po Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Pełna zabawnych anegdot oraz opisów miejsc, które tak dobrze znamy, chociaż ani razu tam nie byliśmy. Dzięki niej możemy wraz z uczestnikami przemierzać East Coast nawet nie wychodząc z domu.


5.  The Grand Tour

Oczekiwany wielki powrót świętej trójcy programów motoryzacyjnych. I to jaki! Z większą swobodą dla prowadzących, co zaowocowało jeszcze większą ilością absurdów i śmiechu.  Clarkson, Hammond i May powrócili jak zawsze z klasą i kolejną porcją ichniego, brytyjskiego humoru. Aż wstyd jest przegapić takie widowisko! Tym, co może Was zaskoczyć jest ilość osób, która ogląda show. The Grand Tour jest obecnie najczęściej nielegalnie pobieranym widowiskiem z sieci. Tak, przegonili w tym nawet Grę o Tron.


HOW COULD YOU

1.  Śmierć

Dla mnie właśnie ten aspekt mijającego roku jest najgorszy. Już od pierwszych dni stycznia towarzyszyły nam wieści o odejściu kolejnej z ikon popkultury. David Bowie, Alan Rickman, Leonard Cohen, Andrzej Wajda, Prince, Gene Wilder, a w ostatnich dniach George Michael i najwspanialsza na świecie Carrie Fisher. Jest to tylko kilka osób z tych, które pożegnaliśmy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Nie chcę krakać, ale może to być dopiero początek, bo wiadomo, że żadne z nas nie jest nieśmiertelne.


2. Captain America: Steve Rogers

W związku z tą serią związany był chyba jeden z większych skandali w świecie komiksów tego roku. Dlaczego? Bo Steve Rogers okazał się Hydrą. Scenarzysta, Nick Spencer niestety nie należy do ludzi, którzy myślą nad tym co piszą w social media. Po premierze pierwszego numeru i otrzymaniu od fanów wiadomości, jak bardzo złym pomysłem było robienie z Kapitana członka grupy nazistowskiej, naśmiewał się on ze wszystkiego i wszystkich. Do tego zarzekał się, że w grę nie wchodzi żadna umysłowa ingerencja, inny Steve z innego wymiaru, czy coś jeszcze innego. Jednak już w drugim zeszycie okazało się, że kłamał.

Teraz po siódmym numerze stwierdzam, iż historia nie jest zła, jednak mogłaby się ona spokojnie obejść bez takiego ruchu, jakim jest robienie z Rogersa nazisty. To tylko moje zdanie i dla mnie wielki kit tego roku.


3. Finał 11-ego sezonu Nie z tego Świata

Nie z tego Świata to jeden z moich ulubionych seriali. Jestem wierną fanką nieprzerwanie od około dziesięciu lat. Nie oznacza to jednak, że nie było momentów rozczarowania bądź niezadowolenia podczas seansów. Tak było podczas finału jedenastego sezonu, kiedy to miało dojść do starcia Boga z jego siostrą, Ciemnością (tak, siostrą). Wielki i huczny pojedynek jednak nie miał ostatecznie miejsca ponieważ… rodzeństwo się pogodziło. Dzięki komu? Oczywiście, że Deanowi Winchesterowi. Tylko szkoda, że ten wcześniej zrobił z siebie atomówkę na istoty boskie…


4. Smoleńsk

Mi naprawdę nie przeszkadzają filmy o katastrofach, które rzeczywiście miały miejsce. Pewnie, zbytnio za nimi nie przepadam, bo w większości przypadków (przeważnie, kiedy robią to Amerykanie) nie chodzi w nich o pokazanie prawdy, a o widowisko. W innych przypadkach chodzi jednak o propagandę i taki otrzymaliśmy właśnie w tym roku od naszego rodzimego kina. Smoleńsk jest historią, która ma w sobie więcej fikcji i teorii spiskowych niż ostatnie przypuszczenia odnośnie katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku ministra Macierewicza. Nie chce mi się wierzyć, że ten film powstał, tak samo jak nie chce mi się wierzyć, że najprawdopodobniej będzie on w kolejnych latach pokazywany na lekcjach historii.


5. Pan Sapkowski kontra nieinteligentni gracze

Podczas tegorocznego Polconu fani mieli okazję posłuchać Andrzeja Sapkowskiego. Ostatnimi czasy nie trafia się często taka okazja, więc tym bardziej była ona wyczekiwana. Jak się okazało, autor powieści o przygodach Geralta z Rivii stracił wyczucie. Wszystko zaczęło się, kiedy został spytany o gry spod skrzydeł CD Projekt Red.
Gra narobiła mi mnóstwo smrodu i gówna… Przez to, że zaczęli mi zagraniczni wydawcy używać grafiki z gry na okładkach. No i ludzie odrzucali książkę, mówiąc, że to nie jest nowe, że to jest game-related. W sensie książka napisana do gry, czego – w fantasy zwłaszcza – mamy mnóstwo. Musiałem toczyć tęgą wojnę, żeby udowadniać, kto był pierwszy.
Zaiste, trudne to czasy, kiedy pomysłodawca serii ma problemy, bo ktoś uznał stworzony przez niego świat za tak dobry, że można go pokazać w inny sposób. Takie działanie przynosi tylko i wyłącznie korzyść autorowi, a wybrzydzanie takie jak powyżej i, nie oszukujmy się, znajdowanie dziury w całym… Komuś się chyba nudzi na stare lata.


Patrząc wstecz na cały rok, zarówno z perspektywy życia prywatnego jak i globalnego, trudno mi jest dokładnie określić, czy jestem zadowolona czy nie. Prywatnie, jak najbardziej, bo spotkało mnie wiele dobrego. Szerzej? Przeważają jednak te złe wieści i wydarzenia, co wprawia mnie w nie lada przygnębienie. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję oraz postarać się, aby w 2017 stało się więcej pozytywnych rzeczy. I nie tylko ja powinnam się za to wziąć.

Bo jak nie my, to kto się upewni, że nie będzie gorzej? Do roboty!


P.S. Do How Could You dopisać powinnam jeszcze moją dobrą przyjaciółkę, która sprawdza mi teksty i dzięki której musiałam wywalić cały akapit artykułu i zastępować go czymś innym. Niech spłonie w czeluściach Piekła 2.0.

P.S. 2. Zmusiła mnie, żebym napisała ten pierwszy P.S.

28 maj 2016

"Czemu HYDRA?!" czyli recenzja "Captain America: Steve Rogers" #1 (2016)

Steve Rogers jest chyba najbardziej legendarnym bohaterem z komiksów Marvela. Żadna postać nie jest aż tak popularna jak on (chociaż jest kilka, jak np. Iron Man, które cały czas depczą mu po piętach). Dlatego właśnie kiedy usłyszałam, że Steve powraca w swoim najnowszym solowym komiksie, nie mogłam tego przepuścić - musiałam to przeczytać.

Autor: Jesus Saiz

Nie spodziewałam się tak naprawdę niczego. Nie byłam nastawiona negatywnie ani pozytywnie. Starałam się unikać wszystkich artykułów, jednak zanim miałam szansę sięgnąć po komiks, dowiedziałam się, co scenarzysta zrobił z tak ikoniczną postacią. Pomimo tego, dołożyłam wszelkich starań, aby dać temu komiksowi szansę. Może jednak to ma jakiś sens?

Pierwsze strony były dosyć ciekawe. Są to bowiem wspomnienia z dzieciństwa głównego bohatera. Nie należą one do najszczęśliwszych, niestety. Jednak to one właśnie są kluczową częścią numeru, ponieważ pokazują nam, jak doszło do tego, co scenarzysta za zgodą Marvel Comics postanowił nam przedstawić w najnowszej serii.

Autor: Jesus Saiz

Cała historia jest płynna, nie dzieje się za szybko ani za wolno. Obecne wydarzenia zgrabnie przeplatają się z wyżej już wspomnianymi retrospekcjami. Steve pracuje z Sharon Carter, dostaje też dwójkę pomocników – Free Spirit oraz Jacka Flag. Związek Carter i Rogersa ma na pewno więcej sensu niż ten pokazany w Captain America: Civil War - przyjemnie się czytało ich dialogi. Steve zwierza się jedynie Sharon, jak ciężko jest mu się przyzwyczaić nie tylko do nowej tarczy, ale również i do ponownie młodego ciała.

Przez cały czas narrator-Steve próbuje nam pokazać, że wcale nie jest tak trudno być bohaterem,  a także, że życie nie zawsze będzie dla nas przyjemne. Tutaj przykładem jest postać chłopca, który dokonuje trudnych wyborów już jako dorosły, aby przetrwać w swoim niełatwym świecie. W rezultacie kończy w objęciach Hydry, która obiecuje lepszy świat. Foreshadowing? Może. Wiem jedno – nie takiego zakończenia pierwszego numeru się spodziewałam.

Autor: Jesus Saiz

Kwestia scenariusza zeszytu… No cóż, nie będę kłamać, kiedy napiszę, że historia naprawdę jest bardzo ciekawa. Bardzo dobrze mi się ten zeszyt czytało, dopóki nie doszłam do ostatnich stron. Z przykrością stwierdzam, że to czego Nick Spencer dopuścił się na tej postaci, która została stworzona przez dwóch Żydów, aby była symbolem anty-nazizmu, trudno jest mi zaakceptować; ba, ja to próbuję wypchnąć ze świadomości. Naprawdę nie wierzę, że Marvel zgodził się na coś takiego. Wielka szkoda, bo scenariusz do komiksu miał całkiem spory potencjał, który został zmarnowany przez taką, a nie inną końcówkę.

Rysunki troszeczkę ratują cały komiks, umilając lekturę. Na pewno są bardzo przejrzyste, kreska nie jest zbyt ciężka czy chaotyczna. Do tego kolory, które idealnie wprost wpasowują się w atmosferę opisywanej sytuacji – ciepłe pomarańcze i żółcie, kiedy Steve rozmawia z Sharon w kilka godzin po wykonanej misji, czy ciemna czerwień, kiedy zbliżamy się do wielkiego ujawnienia. Dodatkowo trzeba tu wspomnieć o retrospekcjach, które są w kolorach sepii, nie licząc czerwonych akcentów. Zastanawiam się, czy to nawiązanie do loga Hydry, czy do ostatnich stron?

Autor: Jesus Saiz

Nie będę jedyną osobą, której ten zeszyt się nie podobał. Sądząc po opiniach krążących w sieci, jestem raczej jedną z wielu. Nie ma się jednak co dziwić. Jeśli Marvel potrzebował zaskoczyć swoich fanów czymś nowym i szokującym, mógł to zrobić w zupełnie inny sposób. Steve, owszem, mógł przejść na złą stronę, ale wpadanie w aż taką skrajność, jaką jest Hydra nie jest czymś, co może pomóc postaci w ewoluowaniu, a wręcz przeciwnie. Ostatnie strony komiksu są kompletnym zaprzeczeniem Steve’a Rogersa. Z przykrością stwierdzam, iż jeśli zdecyduję się dalej czytać tę serię, to tylko z nadzieją, że jednak jest to jakiś żart. Niesmaczny, ale żart.


Autor okładki: Jesus Saiz